Przyrodnicza biurokracja

Dla jednej z firm z którymi współpracuje wygrałem wstępnie przetarg na inwentaryzacje przyrodniczą. Dość dużą. O tym, że dałem najlepszą ofertę cenową i jakościową dowiedzieliśmy się szybko jak na polskie warunki bo już następnego dnia. Jednak, ponieważ cena jaką dałem była niższa od zakładanej przez ogłoszeniodawcę o więcej niż 30% – musiałem złożyć stosowne wyjaśnienia.

Od tamtej pory mija już ponad trzy tygodnie i nadal nie ma oficjalnego potwierdzenia wygranej przetargu. Jest to pewne na 99%, ale zawsze zostaje ów 1% niepewności. Co jakiś czas proszą o uzupełnienie dokumentów a czas leci (inwentaryzacje trzeba wykonać do połowy sierpnia), wszystko było obliczone czasowo i teraz trzeba będzie się sprężać.

Jakby tego było mało to od oficjalnego ogłoszenia wyniku do podpisania umowy minie 10 dni na ewentualne odwołania konkurencji.

I pomyśleć, że jak w Japonii zawaliła się droga to nową zrobili w tydzień. U nas trwałoby to w najlepszym wypadku kilka miesięcy… Bo po pierwsze trzeba rozpisać przetarg co zajmie kilka dni lub tygodni, potem będzie czas na składanie ofert – kolejne kilka tygodni, potem wybór najlepszej oferty – kilka dni lub też tygodni (bo zanim dokumenty się otworzy muszą poleżeć). Potem odczekanie czy wszystkim się podoba i nikt się nie odwołuje. Następnie czas na związanie z ofertą przez zwycięzcę i rozpoczęcie prac – kilka tygodni lub miesięcy. Potem czas na wykonanie prac. W przypadku dużych rzeczy od momentu rozpisania przetargu do startu prac mija często więcej niż pół roku biurowego szaleństwa i masakrycznie długich czasów poszczególnych faz procedury (np. czas na składanie ofert liczony w tygodniach).

Taki kraj.